Panie nauczające w przedszkolu każdego dnia spotykają się z sytuacją, gdy dwóch małych podopiecznych da sobie „po głowie”. Następnie stają przed srogim obliczem wychowawczyni i zaczyna się: „On mnie kopnął!”, „A on mnie popchnął!”, „Ale to on zaczął, bo mnie przezwał”, „Ale on wcześniej zabrał mi kredki!” itd… I o ile taki cyrk w przedszkolu novum nie jest, to już w polskim sądzie takich kabaretów winniśmy nie oglądać! Żeby nie gorszyć polskich patriotów, no i dla dobra naszego zdania… „o niezawisłości sądu”.
Wiem, bo tak! A dowodów brak!
Gdy taka zdarza się w sali przedszkolnej, możemy mówić niejako o normie. Jest wówczas bowiem jednym z elementów wychowania młodego człowieka. Ale kiedy takie sceny odbywają się w dorosłym życiu, między dojrzałymi ludźmi i w murach poważnej instytucji i do tego – za pieniądze podatników, to już istna farsa! A takie przedstawienie zaserwował niedawno Polakom sąd w Gdańsku – a konkretnie pani sędzia Weronika Klawonn (jak dostrzegli internauci aktywna uczestniczka lewicowych pochodów i manifestacji), która przewodniczyła głośnej rozprawie z powództwa prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego przeciwko b. prezydentowi Lechowi Wałęsie. Były przywódca „Solidarności” w jednym ze swoich błyskotliwych wpisów internetowych obarczył winą za katastrofę smoleńską prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, który w dniu tragedii miał rzekomo w rozmowach telefonicznych ze Ś.P. prezydentem Lechem Kaczyńskim nalegać na lądowanie w Smoleńsku pomimo niekorzystnych warunków pogodowych. Dowody? Nagrania? Relacje świadków? Nic z tych rzeczy! Wałęsa po prostu to WIE, bo TAK MÓWI. I koniec kropka!
Przeprosiny z (PO)wrotem do przyzwoitości
Pozew Kaczyńskiego, który żąda przeprosin był łatwy do przewidzenia. I chyba dla wszystkich logicznie myślących ludzi w zupełności uzasadniony, bo jak można publicznie winić o śmierć brata człowieka, który przez katastrofę smoleńską stracił najbliższego człowieka na ziemi, brata bliźniaka oraz -dziesiąt przyjaciół… Przecież na rosyjskiej ziemi walały się rozszarpane zwłoki blisko 100 osób. Jak można nie zachować szacunku wobec tej tragedii, w której zginęła głowa Państwa oraz córki, ojcowie, bracia, matki, babcie… Jak? Gdzie moralność i zwykła ludzka przyzwoitość?
Koguty z dwóch kurników niby jednego gospodarstwa
I tak dwóch przywódców przeciwnych obozów spotkało się na sali rozpraw, choć nie od razu, bo na pierwszej rozprawie żaden z panów się nie pojawił. Na drugiej stawili się obaj – Wałęsa w swojej ulubionej koszulce z napisem „Konstytucja” i Kaczyński – z pobłażliwym uśmiechem na jej widok. Jak tylko weszli do sali pani sędzia zrobiła małe czary-mary i rozpoczęła swoje przedstawienie. Choć „zachęcała” obie strony do zawarcia ugody, przesłuchanie prowadziła przy pomocy takich pytań, by media miały o czym pisać, a obywatele – czym się denerwować. Bo oto Jarosław Kaczyński musiał tłumaczyć się, że nie spowodował katastrofy smoleńskiej, podczas gdy Wałęsa – w obronie własnej zarzekał się, że to prezes PiS zaczął konflikt. Czym? Teczką TW „Bolka” i oskarżeniami, za którymi stoi „na pewno” Kaczyński chcąc pogrążyć legendę „Solidarności” i podkopać jego autorytet. Tylko czy naprawdę potrzeba było aż teczki TW „Bolka”? I bez niej autorytet Wałęsy opada coraz bardziej i to „dzięki” jego niezwykle błyskotliwym wypowiedziom – czy to za pośrednictwem portali społecznościowych, czy w mainstreamowych mediach. Trwający kilka godzin sądowy spektakl trwałby zapewne kilka dni, gdyby tylko Kaczyński nie oświadczył, że z powodu obowiązków powinien już wyjechać z Gdańska. Pani sędzia musiała być rozżalona, bo zapewne miała jeszcze w zanadrzu kilka atrakcji do swojego show. Chcąc nie chcąc zakończyła rozprawę wyznaczając termin ogłoszenia wyroku na 6 grudnia.
Głupota i ignorancja zyskuje poklask… Wśród swoich!
Takie rzeczy odbywają się na salach sądowych w największych miastach Polski, a potem wszyscy się dziwią, że Polacy są wściekli na sądy. Ich prace ruszają się w tempie lodowca, a do tego szalejący po świecie kryminaliści czekają na wyroki latami, bo sąd zajmuje się sprawami wagi kradzionego kotleta. Głośna przed laty ustawa o 24-godzinnych sądach, która miała usprawnić działanie polskiego wymiaru sprawiedliwości i przyspieszać wyjaśnienie spraw stała się kompletną abstrakcją i trafiła do sektora „ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Sprawy, w których wynik powinien być oczywisty najdalej po kwadransie trwania rozprawy ciągną się niemiłosiernie, bo sędzia pod pretekstem wysłuchania obu stron i chęci sprawiedliwego spojrzenia na sprawę zachowuje się jakby chciał lub chciała egoistycznie pokazać kto tu ma „władzę”. Kto jest decyzyjny. Kto jest ważny i wielki. I tak zabawy w „sędziów”, którzy potrafią ukraść coś ze sklepu (być przy tym bezkarni) i dalej siedzieć na stołku trwają latami. Podobnie jak rozstrzyganie spraw, które Polaków kosztują nie tylko mnóstwo majątku, ale i zdrowia.
IT

