Do polityków i osób publicznych, które szkalują Polskę na arenie międzynarodowej już przywykliśmy. Od lat w tej kwestii prym wiedzie europoseł Platformy z Pomorza Janusz Lewandowski. Donosicielstwo i – kolokwialnie mówiąc – plucie do własnego gniazda to domena polityków lewicowych. Na tym polu „wspaniale” uaktywnił się też b. prezydent Słupska Robert Biedroń. Trzeba przyznać, że akurat po tak skrajnej osobowości można było się spodziewać takiego zachowania. Ale nie dość, że pluje, to jeszcze – delikatnie mówiąc – mija się prawdą.
Jakiś czas temu na forum Parlamentu Europejskiego mocno i głośno omawiana była kwestia sytuacji środowiska LGBT w Polsce. Pierwszą okazją ku temu była debata na temat projektu obywatelskiego „Stop Pedofilii”, który ma zaostrzać kary za namawianie małoletnich do współżycia seksualnego. Oczywiście w tej kwestii najwięcej do powiedzenia miała lewacka kasta parlamentu, do której ochoczo przystąpili posłowie „Polacy”. Robert Biedroń, jako osoba najbardziej zainteresowana jako zdeklarowany homoseksualista, miał bardzo długi język.
Europoseł stwierdził, że „rząd Prawa i Sprawiedliwości przedstawił jakiś czas temu nowelizację projektu dotyczącą penalizacji edukacji seksualnej”. Słowa mocne i… nieprawdziwe. Były prezydent miasta Słupska powinien doskonale znać różnicę między projektem rządowym, a obywatelskim, a takim właśnie jest wyżej wspomniany. To obywatele sami zaproponowali zmiany w prawie po tym, jak nastał złoty wiek dla zboczeńców wszelkiej maści, w tym pedofilów. O tym, ilu ich jest, może opowiedzieć np. znany w całym kraju „Łowca Pedofilów” z Wrocławia, dzięki któremu co najmniej kilku takich dewiantów udało się zamknąć „w pudle” i tym samym ochronić nieświadome niebezpieczeństwa dzieciaki. Polakom nowa zachodnia moda na dewiacje, pedofilię i ciężarne nastolatki po prostu się nie podoba. I słusznie! Bo to stoi w niezgodzie z zasadami moralnymi i dobrymi obyczajami. To nie dzieci powinny rodzić dzieci. A że nasi parlamentarzyści w tej kwestii nie mogą się porozumieć, obywatele wzięli sprawy we własne ręce. Ale tego już Robert Biedroń pod uwagę nie wziął.
Na tym się jednak błyskotliwość szefa „Wiosny” nie skończyła. Pod koniec listopada w Parlamencie Europejskim miała miejsce kolejna – jak to kiedyś nazwał prof. Legutko – „antypolska orgia”. Lewicowcy przypuścili nagonkę na nasz kraj za dyskryminację społeczności LGBT, którym odbiera się wszelkie prawa. I znów wstał Robert Biedroń oznajmując, że od 43 lat mieszka w kraju, gdzie istnieją dziesiątki hoteli, restauracji i kawiarni, do których jako homoseksualista nie ma wstępu. Oj, długi nos rośnie szefowi „Wiosny”. Gdzie te hotele i restauracje? I jak wygląda w nich selekcja na heteroseksualistów i homoseksualistów? Przy drzwiach stoi odźwierny i każdą wchodzącą osobę odpytuje z orientacji seksualnej? Wiedzieli Państwo kiedyś taki lokal w Polsce? Nam się jeszcze nie zdarzyło, a ponoć są ich „dziesiątki”. Tylko gdzie te homofobiczne lokale się pochowały?
Czy aby na pewno w Polsce homoseksualistom nic nie wolno? Czy na pewno są aż tak dyskryminowani? Jeśli tak by było, to w jaki sposób zdeklarowany gej został wybrany prezydentem dużego miasta? Jeśli przedstawicielom LGBT nic nie wolno, to dlaczego chodzą w marszach równości we wszystkich dużych miastach w Polsce i manifestują swoją dewiację? Jakby tego było mało, w otoczeniu kordonów policji, która dba o to, by włos im z głowy nie spadł. Czy to jest właśnie ta dyskryminacja?
Zachodzimy w głowę, jak to się stało, że ktoś z takim podejściem do własnego kraju został wybrany przez obywateli do reprezentowania ich na arenie międzynarodowej. Czy Polacy aż tak bardzo lubią opluwać sami siebie? A może to nie Polacy głosowali na Roberta Biedronia? Czym kierowali się wyborcy szefa „Wiosny” głosując na niego? Przecież osoba, która się w taki sposób zachowuje nie wzbudza zaufania społecznego i – co więcej – nie trzyma normy. Bo o ile krytyka państwa jest zrozumiała, jeśli w czyjejś opinii dzieje się tam źle, to kłamstwa i opluwanie trudno racjonalnie wytłumaczyć. Zresztą przykładów, że Robert Biedroń nie trzyma normy, można przytoczyć co najmniej kilka. Jak np. sprawa sprzed kilkunastu lat, kiedy to europoseł został pozwany do sądu przez własną matkę za pobicie i znęcanie się. Akta sprawy były, ale strony doszły do porozumienia i dokumenty z prokuratury tajemniczo zniknęły. I choć dziś obie strony zaprzeczają, jakoby kiedykolwiek doszło do stosowania przemocy, to jednak coś musiało w tym być, skoro prokuratura wszczęła postępowanie. I pomyśleć, ze dziś ktoś taki ma chętkę na fotel prezydenta Polski. Prezydenta, czyli głowy państwa, której głównym zadaniem jest reprezentowanie kraju i obywateli na forum międzynarodowym. I tu nasuwa się podstawowe pytanie: czy na pewno chcemy mieć takiego reprezentanta? Tak czy siak, wynik Roberta Biedronia obnaży tylko prawdę o niektórych Polakach i ich rzekomym patriotyzmie.
IT

