Nie wiadomo ile razy upadł Jezus idąc na Golgotę. Na pewno co najmniej trzy razy, bo aż trzy stacje Drogi Krzyżowej poświęcono Jego upadkom. Trzy stacje, bo trzy mogą być przyczyny upadku. Upaść może ktoś, kto się potknął. W takim wypadku przyczyną są czynniki obiektywne: Ukształtowanie terenu, jakiś wystający z ziemi kamień, czy korzeń… Upadamy i wstajemy. Nic ciekawego.
Druga przyczyna tkwi w upadającym. Upada, bo wziął na siebie zbyt wielki ciężar. To uczy nas, że mogą być ciężary zbyt wielkie nawet dla Boga. Nie poniesie ich, jeśli Mu nie pomożemy. Tak jak Szymon z Cyreny pomógł Jezusowi. Taki upadek to materiał do osobistej refleksji. Czy ja pomagam Bogu nieść Jego brzemię? A może swoim postępowaniem dokładam Mu ciężaru? Nie na darmo jedyna obowiązkowa spowiedź w roku przypada właśnie na okres wielkanocny.
Trzecia przyczyna upadku to ludzie. Wśród gapiów obserwujących ostatnią drogę skazańców bardzo mało było życzliwych, jak Weronika. Bo niby skąd mieli się wziąć? To przecież był ten sam tłum, który domagał się ukrzyżowania Jezusa i uwolnienia Barabasza. Trudno więc wykluczyć jakąś podstawioną nogę, czy nawet popchnięcie, kiedy eskortujący więźniów żołnierze patrzyli akurat w inną stronę… Trzeci upadek to nie JA indywidualny, ale MY – społeczeństwo.
Żyjemy w demokracji. Systemie, który skazał Jezusa, a uwolnił Barabasza, systemie, który zdejmuje z rządzących sporą odpowiedzialność dając w zamian masom prawo podejmowania niektórych (mało istotnych dla rządzących) decyzji. Zresztą nawet te decyzje, które rządzący podejmują osobiście też są zarażone demokracją. Są podejmowane „pod publiczkę”. Z myślą o ich „skuteczności wyborczej”. Co rząd to to samo, co władza to błąd kroczy za błędem. Czy ktoś mógłby wreszcie ich popełniać choć trochę mniej? Bo suma tych decyzji bywa straszna. Taka, że nawet największy ignorant zawahałby się przed podjęciem tego rodzaju decyzji indywidualnie.
To MY, jako społeczeństwo wciąż skazujemy Jezusa na śmierć, na upadki i upokorzenia. Jak co 5-6 lat się zdarza, na ziemi pojawił się nowy wirus. Epidemia. Pandemia. I tak, jak co 5-6 lat powinno to wyglądać: miliony powinny zachorować, tysiące umrzeć, a cała reszta zdobyć odporność. Tym razem jednak rządzący większości krajów świata postanowili się wmieszać w ten naturalny proces. Nie pozwalają społeczeństwom zdobyć odporności w normalny sposób wymuszając na nas „dystans społeczny”. Doraźnie może to dać pewien efekt – dziś mniej ludzi zachoruje. Długofalowy skutek takich działań będzie straszny. Nie uodpornimy się na wirusa, więc pandemia może potrwać nawet kilkanaście lat. Jej żniwo będzie znacznie większe, tylko rozłożone w czasie… No ale nikt nie zarzuci rządzącym, że nic nie robią.
Skoro działania rządzących społeczeństwami świata rządów spowodowały, że nie mamy szansy nabyć odporności w sposób naturalny – pozostał nam sposób sztuczny – szczepionka. Wyprodukowana w pośpiechu i nie sprawdzona. Ci, co się na nią zdecydowali powinni się modlić, żeby zadziałała. Nie chcę tu krytykować szczepionki, bo tekst nie jest o tym. Wróćmy zatem do upadków Jezusa.
Człowiek jest istotą społeczną. My, Polacy wiemy to najlepiej. To przecież na naszych oczach powstała pierwsza, prawdziwa Solidarność. To za naszego życia bezbronnym ludziom udało się obalić uzbrojoną po zęby władzę. A dlaczego nam się udało? Bo byliśmy razem. Dzisiaj dobrowolnie, wsłuchani w nakaz alienacji niszczymy więzi społeczne. Odsuwamy się jeden od drugiego, odmawiamy pomocy potrzebującym, zamykamy kawiarnie i kościoły, przestajemy się odwiedzać. I znów nie miejsce tu, aby dociekać, czy dzielą nas po to, by łatwiej było rządzić światem, czy może wierzą, że to nam poprawi zdrowie…
Na ulicy widać tylko skutek: strach i nienawiść. W sobotę po paru latach niewidzenia spotkałem się z kolegą. Przeszliśmy się po Sopocie. Trudno to jednak nazwać spacerem. Na powitanie nie podał mi ręki, ile razy chciałem do niego podejść robił spontanicznie krok w tył, a nawet obcy ludzie „zwracali mi uwagę”. „Maskę nałóż stary dziadu” – to najdelikatniejsze z tych odezwań. Byłem sam. Otaczał mnie tłum – od nienawistnego po obojętny. Jedyną życzliwą osobą był mój kolega, ale on się mnie bał.
Pan Jezus po raz kolejny upadł.
MRW

