Trzeba przyznać, choć pewnie już udało nam się z tym pogodzić, że rok 2020 jest inny niż wszystkie. Ta inność objawia się w niemal każdej sferze życia: inne niż zawsze były Święta Wielkanocne, majówka, czy nawet zwykła rodzinna wiosenna rekreacja. Nawet korzystanie z dobrodziejstw gospodarki, rynku handlu i usług, jest diametralnie inne. Dlatego logicznym się wydaje, że ten świat alternatywny wokół nas przeniknął także do środowiska politycznego. I rzeczywiście – politycy też są inni niż zwykle. A przynajmniej co innego głoszą.
W normalnej rzeczywistości mielibyśmy teraz niezwykle gorący okres kampanii wyborczej. Gdzie się nie obejrzeć – plakaty i spoty z wizerunkami kandydatów. To samo dotyczy telewizji, radia czy internetu – wszędzie programy wyborcze, podróże kandydatów przez całą Polskę wzdłuż i wszerz, agitacja, debaty i to, co nas denerwuje najbardziej – wzajemne obrzucanie się inwektywami i wyciąganie brudów mniejszych i większych. Dziś jednak tego wszystkiego nie ma… A walka między kandydatami toczy się nie na programy wyborcze i propozycje dla obywateli, a o termin i formę wyborów. Z całą pewnością możemy powiedzieć: patrzcie Państwo na tę kampanię – drugiej takiej nie było i raczej nigdy nie będzie (chyba że jeszcze za naszego życia czeka nas epidemia 2.0). Taka sytuacja jest również doskonałą okazją do rozpowszechniania mądrości lub pseudomądrości polityków z pierwszych stron gazet. Taka nietuznikowa kampania jest przecież pierwszą w najnowszej historii Polski.
Jako pierwszy zwyczajową postawę oficjalnie zmienił b. premier i szef Rady Europejskiej Donald Tusk. W medium społecznościowym ogłosił: – Chcę Państwu dzisiaj powiedzieć bardzo otwarcie, dlaczego nie będę uczestniczył 10 maja w procedurze głosowania przygotowanej przez ministra Sasina i PiS. Celowo unikam słowa „wybory”, ponieważ analizowałem to przez wiele tygodni i ta sytuacja przygotowana przez rządzących na 10 maja nie ma z wyborami nic wspólnego. Rzeczywiście, powodów swojej decyzji podał kilka. Pierwszy to „problem bezpieczeństwa”. – Nie ma dzisiaj niestety żadnego powodu, byśmy mogli zaufać tak w stu procentach rządzącym, kiedy mówią, że coś jest bezpieczne, a coś jest niebezpieczne – mówił Tusk. – Te wybory nie są wyborami w sensie ustrojowym, ponieważ nie będą ani wolne, ani równe. Co najważniejsze, nikt nie zapewni nam tajności wyborów, a ludzie chcą mieć pewność, że głosują nie po to, aby rząd wiedział, jak dany obywatel głosuje. Dalej były premier powołał się na argument bezprecedensowy, czyli… ludzką przyzwoitość. – Jestem absolutnie przekonany, że taka zwykła ludzka przyzwoitość nie pozwala nam uczestniczyć w tym procederze, jaki przygotował nam minister Sasin i PiS na zlecenie Jarosława Kaczyńskiego. Byłoby to nieuczciwe wobec nas samych, wobec Polski i wobec tych wszystkich, którzy tyle lat walczyli o uczciwe i wolne wybory – mówił Tusk.
Nawet rzeczniczka lewicy, nieprzychylna rządowi Anna Maria Żukowska określiła te słowa „moralnym szantażem”. To akurat bardzo trafny epitet. Jesteś prawdziwym patriotą i przyzwoitym człowiekiem – nie zagłosujesz. Zagłosujesz jak konstytucja nakazuje – wstydź się, nie jesteś prawdziwym Polakiem. Cel tego wywodu byłego szefa RE wyszedł na światło dzienne w tym samym oświadczeniu: – Jestem przekonany, że jeśli wszyscy uczciwi i przyzwoici Polacy powiedzą, że to nie są wybory i zadeklarują, że nie będą w nich uczestniczyć, to będzie jeden z powodów, dla których PiS w ostatniej chwili się z nich wycofa. Dlatego warto to zrobić – mówił Donald Tusk.
Na apel byłego premiera odpowiedzieli szybko… byli prezydenci RP i byli premierzy. Nie wszyscy, ale kilkoro. Z wiadomej strony politycznej. Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Komorowski oraz Marek Belka, Ewa Kopacz, Leszek Miller, Jan Krzysztof Bielecki, Kazimierz Marcinkiewicz i Włodzimierz Cimoszewicz wydali wspólne oświadczenie ws. wyborów 10 maja. Nie wspomnieli w nim co prawda o Donaldzie Tusku ale „ściągnęli” od niego decyzję odnośnie udziału, argumenty „przeciw” i apel o pójście tą samą drogą skierowany nie tylko do wyborców, ale nawet… kandydatów. – Procedura korespondencyjnego głosowania w takiej formule i czasie, jak proponuje rządząca partia to pseudowybory. Nie weźmiemy w nich udziału. Mamy nadzieję, że podobnie uczynią kandydaci i wyborcy, którzy podzielają naszą troskę o demokratyczną przyszłość Polski – czytamy w oświadczeniu.
Ilu Polaków okaże się być tymi „prawdziwymi” i pozytywnie odpowie na apel byłych rządzących? Naszym zdaniem – niewielu. To prawda, że czasy są inne niż zawsze. Ale nic nie stało na przeszkodzie, by prowadzić kampanię wyborczą w takim stopniu, jak było to możliwe. Urzędujący prezydent też nie miał możliwości spotykania się z wyborcami, organizowania wieców i przemawiania na oficjalnych uroczystościach. Korzystał z tych narzędzi, z jakich mógł. Te same były dostępne dla pozostałych kandydatów. Dziś ich koledzy partyjni wykorzystując swoją dawną pozycję w państwie łapią się brzytwy i bojkotują wybory. Czy tym samym pokazują jednak honor, klasę i umiłowanie ojczyzny?
IT

