W Polsce, na przestrzeni kilkunastu lub kilku lat można zaobserwować ciekawą tendencję. Kiedy w całym kraju panuje względna cisza i spokój, pojawia się jakieś „mięso”, na które wszyscy się rzucają. Albo ktoś wygrzebuje jakąś starą sprawę i kontrowersyjny temat (kilka razy jak bumerang wracał temat uchodźców, aborcji, molestowania seksualnego przez księży, gender i pewnie jeszcze nie raz wróci) albo są strajki i protesty. Co ciekawe, przeważnie protestują jedni i ci sami: pielęgniarki, lekarze, mniejszości LGBT, nauczyciele. Rzadko kiedy całe grupy ludzi przeprowadzają manifestacje tylko i wyłącznie w obronie swoich poglądów, jak to było w przypadku protestów przeciwko ustawy o reformie sądów. Najczęściej protestujący chcą dostać coś więcej. Chcą wyższe płace, chcą dodatkowych przywilejów, „poprawy warunków pracy” – cokolwiek to znaczy.
I tak przyszła znowu kolej na strajki służby zdrowia, której w Polsce tak źle się żyje. Tym razem do protestów przystąpili lekarze rezydenci. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że rezydent to lekarz posiadający już pełne prawo do wykonywania zawodu, który ukończył 6-letnie studia, pomyślnie zdał egzamin LEK i odbył 13-miesięczny staż zawodowy. Ma do przepracowania tyle samo godzin, co lekarz zatrudniony na etacie. Wynagrodzenie rezydenci otrzymują nie od urzędu marszałkowskiego, a od ministerstwa zdrowia. Najprościej rzecz ujmując są to pełnoprawni lekarze, ale o mniejszym stażu pracy, odbywający szkolenie specjalizacyjne. I ci młodzi lekarze, dopiero uczący się zawodu w praktyce, zdobywający specjalizacje mają żądania wobec rządu!
Po pierwsze – a jakże – chcą podwyżek. Ich życzeniem jest zarabiać ok. 4,5 tys zł na rękę. Ich obecne zarobki wynoszą od 2275 do 2777 zł. Bo przecież są lekarzami. Ratują ludzi. Tylko pytanie, czy po 6 latach studiów i niewiele ponad rocznym stażem można się nazwać doświadczonym lekarzem? Czy rezydentom nie wydaje się, że oni się dopiero uczą zawodu? Że wbrew własnemu mniemaniu nie są jeszcze wybitnymi specjalistami ratującymi setki istnień? Dla porównania, doświadczony dowódca zmiany w Państwowej Straży Pożarnej, który także ratuje życie ludzi i przez cały czas przechodzi dodatkowe szkolenia, zarabia niewiele ponad 3000 zł netto. Nie mówiąc już o kolegach rezydentów, którzy skończyli studia w innych zawodach. Studia co prawda 5-letnie, więc tylko rok krótsze, ale po ich ukończeniu z braku możliwości pracy w wyuczonej profesji, zajmują się czymś zupełnie innym za – dosłownie – grosze. Niemało mamy w kraju absolwentów nawet bardzo dobrych studiów, którzy pracują jako kelnerzy, dostawcy pizzy, czy ekspedienci w sklepach za często mniej niż 2000, a nawet i 1500 zł netto. I aby zdobyć doświadczenie, które będzie dla nich przepustką do pracy w wyuczonym zawodzie, pracują po godzinach, zupełnie za darmo przez kilkanaście albo i kilkadziesiąt miesięcy. Oni jakoś nie wychodzą na ulice, choć też mogliby wysuwać pod adresem rządu wymagania. Oni nie mają czasu na pikiety i manifestacje, bo muszą pracować, żeby przynajmniej móc się utrzymać.
Kolejnym postulatem jest żądanie większych nakładów na służbę zdrowia, które miałyby wzrosnąć do poziomu 6,8 proc. PKB na przestrzeni trzech lat, oraz rozwinięciem tego do 9. w kolejnych siedmiu latach. To więcej, niż w krajach europejskich w tym przodujących, czyli Danii, Francji, Holandii i Austrii. Argument? Tak wysokie nakłady są konieczne ze względu za wieloletnie zaniedbania polskiej służby zdrowia. No i oczywiście żądanie „poprawy warunków pracy”, cokolwiek to znaczy. Postulat byłby może sensowny, gdyby rezydenci pracowali w dziurawych namiotach, pod gołym niebem, marznąc w śniegu czy moknąc w deszczu. A tymczasem ich warunki pracy są takie same, jak doświadczonych lekarzy: szpitale, gabinety. Nihil novi. Pozostałe postulaty powinny być skierowane raczej przez pacjentów niżeli lekarzy: zmniejszenie kolejek, zmniejszenie biurokracji, zwiększenie liczby pracowników medycznych.
Rezydenci twierdzą, że próbowali załatwić sprawę polubownie, Były ponoć wysyłane pisma, listy z postulatami, na które zabrakło odpowiedzi. Dlatego ponad 4000 młodych adeptów sztuki lekarskiej wyciągnęło najcięższe działa i na początku października rozpoczęło protest głodowy. Strajki trwają już niemal w całej Polsce, ostatnio dołączyli do nich rezydenci z Pomorza. Pojawiają się głosy, że głodówki nie zostaną przerwane dopóki rząd nie spełni wszystkich postulatów. A co jeśli rząd się nie ugnie nawet przez pół roku? A nawet jeżeli sejm zgodzi się na wszystko w ciągu kilku dni, ustawę trudno jest uchwalić w tydzień, zwykle trwa to miesiącami. Tak czy inaczej trochę to potrwa. Kto jak kto, ale akurat medycy nie powinni więc opowiadać takich bzdur. Że głodują i będą głodować. Przecież akurat oni doskonale wiedzą, jak to się kończy dla organizmu. Prawdziwa głodówka maksymalnie po trzech miesiącach kończy się śmiercią. Wcześniej może doprowadzić do poważnych uszkodzeń wewnętrznych organizmów. Dlatego lepiej byłoby dla rezydentów, aby nie ośmieszali się tą rzekomą głodówką. Gdyby ta pokazowa głodówka była prawdziwa, młodzi lekarze w błyskawicznym tempie staliby się pacjentami swoich kolegów z powodu wyczerpania i osłabienia organizmu.
Bohaterowie strajku pokazywani są w mediach jako młodzi, zbuntowani, siedzący na podłodze lub śpiący w śpiworze. Bohatersko głoszą, że w celu manifestowania swoich racji wzięli bezpłatny urlop. Wspaniale. Dobrze, że ich na to stać. Ich koledzy w innych zawodach nie mogliby sobie na to pozwolić, bo bezpłatny urlop to brak zarobków. Brak zarobków to brak dachu nad głową i środków do życia. Bo przecież rachunki same się nie opłacą. Aby iść na bezpłatny urlop, trzeba mieć zapas gotówkowy, a wielu pracuje cały miesiąc i ledwie „wyrabia do pierwszego”. Rezydenci najwyraźniej ten zapas mają.
Rezydenci straszą, że będą wyjeżdżać z kraju, bo nie mają odpowiednich warunków finansowych. Będą jak ich koledzy wyjeżdżać z kraju, który za ich wyszkolenie słono zapłacił, dał im możliwość zdobycia stażu i doświadczenia. Chcą wyjeżdżać z kraju, który przygotował ich do tego, co robią. Chcą wyjeżdżać, bo gdzieś indziej jest lepiej. Jednocześnie chcą zwiększenia liczby pracowników medycznych. Koło się zamyka. Jak je przerwać? Jakie jest rozwiązanie? Niektórzy proponują, by w takim razie sprowadzać lekarzy z zagranicy – Ukrainy czy Białorusi. Może warto się nad tym zastanowić? Może to jest dobre rozwiązanie? Tylko wobec tego po co płacić za wykształcenie lekarzy i nauczenie ich zawodu, skoro nie zamierzają pracować dla tego kraju, a właściwie dla tego narodu?
Młodzi lekarze zaczynający dopiero swoją karierę mają więc wysokie wymagania wobec państwa. Chcą więcej przywilejów, choć i tak mają ich sporo. Z głodu nie umierają (no, chyba że wedle własnego życzenia), pracę mają, nadgodziny płatne mają. Nie są też przywiązani do swoich placówek publicznych, nie ma żadnych przeciwwskazań do tego, by przyjmowali pacjentów w prywatnych gabinetach. A jak wiemy wszyscy, prywatne wizyty do najtańszych nie należą, a chętnych pacjentów jest i będzie dużo. Możliwości rezydenci mają zatem wiele. Może więc warto z którejś skorzystać?
Zauważmy, że najczęściej protestujące zawody to te o dużej odpowiedzialności społecznej, które nieustannie podkreślają swoją ważną rolę w społeczeństwie. No bo jak państwo ma się obyć bez lekarzy, pielęgniarek czy nauczycieli? Przecież są to bardzo potrzebne profesje, więc mają prawo żądać coraz więcej. No tak. Tylko że to nie są jedyne potrzebne zawody. Jest całe mnóstwo profesji potrzebnych, a jakoś uprawiający je nie wychodzą co chwilę na ulice. Nie słyszymy o protestach piekarzy, ekspedientek, kucharzy, czy sprzątaczy. Przecież te zawody też są nam wszystkim potrzebne i nie oszukujmy się, że ich rola w społeczeństwie jest znacznie niższa. Niżej się ich ocenia niżeli lekarzy czy nauczycieli, ale przecież ktoś musi robić to, co oni. Każdy, nawet prawnik czy lekarz potrzebuje na co dzień pieczywa, które po pierwsze ktoś musi przygotować i upiec, a po drugie sprzedać nam w sklepie czy piekarni. Dlaczego więc oni nie protestują? Dlaczego nie wychodzą na ulice, nie urządzają manifestacji żądając więcej? Czyżby ich praca była tak wybitnie dochodowa i wygodna, że nie potrzebują już niczego? Oczywiście, że nie. Ludzie uprawiający „zwykłe”, acz potrzebne zawody wcale nie zarabiają kroci, nie mają „trzynastek”, długich płatnych urlopów, ani żadnych innych dodatków. Żyją raczej przeciętnie aniżeli ponad stan. A jednak nie mają tyle żądań, co protestujący lekarze rezydenci urządzający ceremonie pokazowe swoich „głodówek”. Dlaczego? Bo jeżeli ktoś naprawdę chce godnie żyć i osiągać wysokie zarobki, to zamiast do strajków, bierze się do pracy.
Izabela Trela

