Inne

Nie ma ludzi niezastąpionych?

 

Unia Warzywno-Ziemniaczana. Nazwa brzmi jak kpina albo jakiś żart? Nic bardziej mylnego. Taka organizacja naprawdę istnieje, a jej członkami są polscy rolnicy – producenci warzyw i ziemniaków. Jednak ostatnio do stowarzyszenia dołączyli też hodowcy malin, sadownicy, hodowcy bydła czy producenci mleka. Wspólnie walczą o swoje prawa i o wsparcie rządu. A jak każda organizacja – Unia ma też lidera. Prezesem UWZ jest Michał Kołodziejczak, który został już okrzyknięty „nowym Lepperem”. Czy ten młody rolnik spod Łodzi ma szansę zająć miejsce legendy Samoobrony?

Kołodziejczak jest 30-letnim rolnikiem, właścicielem 15 ha gruntów rolnych, na których uprawia ziemniaki. Poza tym – radnym gminy Błaszki w łódzkiem i byłym działaczem PiS wyrzuconym z partii za zorganizowanie zebrania rolników, w trakcie którego powołano Unię Warzywno-Ziemniaczaną. Nie może być z partią rządzącą, więc występuje przeciwko niej – najpierw wraz z całym stowarzyszeniem domagał się dymisji ministra rolnictwa (Krzysztofa Jurgiela), potem kontroli warzyw importowanych do Polski, unormowania stosunków dyplomatycznych z Rosją, ograniczenia importu zbóż oraz wyrównania dopłat rolniczych do takich, które mają rolnicy na Zachodzie. Unia ma już na swoim koncie kilka protestów i manifestacji w obronie interesu polskich rolników, ma też swój udział w nowelizacji ustaw w zakresie kontroli jakości i oznakowania produktów rolnych. Działacze z prezesem Kołodziejczakiem zarzekają się, że nie chcą od rządu dodatków, ale wyrównania szans. Że rolnicy poradzą sobie sami, jak tylko państwo wspomoże ich przyjaznymi, a nie destrukcyjnymi przepisami prawa, radą i fachowcami.

Czy dola polskiego rolnika jest aż tak zła? Plantatorzy i hodowcy rzeczywiście czują się zaniedbani przez rząd. Zawiedzeni partią rzekomo reprezentującą ich interesy – PSL, które niewiele dopomogło mimo kilkunastu lat w rządzie jako koalicjant, pokładali swoje nadzieje w PiS, które w kampanii zamiast do gigantycznych aglomeracji miejskich głównie zwracał się właśnie do elektoratu małych miast i wsi. Niestety, nie dość że i tu nie otrzymali spodziewanego wsparcia, to jeszcze cieszą się wyjątkowo złą opinią u miejskiej części Polski. Warto wytłumaczyć dlaczego. Mieszkańcy miast – dalej nazywani przeze mnie mieszczuchami, absolutnie nie złośliwie – mają pretensje o rzekomo pobłażliwe traktowanie rolników. Bo oni muszą płacić gigantyczny ZUS, a rolnicy – znacznie mniejszy KRUS. hand-man-person-farm-photography-male-romance-potato-farmer-ceremony-photograph-interaction-sense-portrait-photography-1216046 Do tego mieszczuchy żyją w przekonaniu, że polski rolnik opływa w luksusy, bo kiedy idą do osiedlowego warzywniaka za polskie ziemniaki muszą zapłacić 2 zł/kg, a za zagraniczne – kiedy dochodzi jeszcze koszt transportu – co najmniej połowę mniej. Nie mają jednak pojęcia, bo skąd mieliby je mieć, że ten ogromny rozstrzał cenowy istnieje nie przez rolników, a… sprzedawców! Tak, proszę państwa. Za ten kilogram kartofli, za który płaci się w sklepie aż 2 zł, polski rolnik dostaje… zaledwie 50 gr., albo jeszcze mniej. Bywają lata, kiedy rolnik sprzedaje te warzywa nawet za 30 gr/kg. Nasze przepisy nie regulują wysokości marży, więc sprzedawcy dodają jej ile chcą tłumacząc, że to polskie, najlepsze i dlatego taka cena. Producent, który przez kilka miesięcy chodzi, dogląda, stosuje rozmaite zabiegi, by plon był jak największy i najlepszy dostaje ochłapy. Śmietankę spijają cwani sprzedawcy.

Nie mówiąc już o tym, że rolnicze być albo nie być zależy bardzo często od pogody. Zbyt mokro, zbyt sucho, zbyt zimno, zbyt gorąco – niewiele trzeba, by z miesięcy pracy nie wynikło nic. A i zdarzają się coraz częściej klęski żywiołowe – wichury, ulewy, grad, powodzie i czasem wystarczy dosłownie kilka minut, by rolnik został z niczym. Ubezpieczyciele nie palą się już do ubezpieczania plonów przed anomaliami pogodowymi, bo jest to zbyt duże ryzyko, że rzeczywiście będą musieli zainwestować w straty. Rolnik zostaje sam sobie, z pustymi rękami. Oczywiście może chodzić i prosić, by rząd rzucił jakąś rekompensatę, ale nawet jeśli się to uda, odszkodowanie nie pokrywa strat nawet w części. Można powiedzieć, że to tylko drobny bonus. A przecież trzeba z czegoś przeżyć cały rok. Tylko z czego, skoro wszystko, z czego rolnik się utrzymuje zostało wchłonięte przez żywioł?

Państwo polskie chętnie pochyla się nad niektórymi grupami społecznymi: rodzinami wielodzietnymi, samotnymi matkami, bezrobotnymi, zapominając niestety o tych, którzy ciężko pracują – czy to w mieście czy na wsiach. A przecież to właśnie „klasa pracująca” jest filarem naszej gospodarki. Dlaczego więc pomoc państwa dosłownie leży niczym zboże po intensywnej ulewie? Rolnicy zdecydowanie potrzebują mieć głos. Mieć kogoś, kto będzie ich głosem w parlamencie – głośnym, przekonywującym, mającym siłę przebicia. Tym z całą pewnością cechował się Andrzej Lepper. A Kołodziejczak? No cóż… mimo podejmowania licznych działań nie słychać, by mówiły o nim media. Niewiele słychać o Unii Warzywno-Ziemniaczanej. A szkoda, bo jakby jego głos usłyszała czwarta władza, to z pewnością mogliby go też usłyszeć rządzący…

IT

Udostępnij

Zostaw pierwszy komentarz

Obserwuj nas