Nie lubimy w naszych gospodarstwach domowych gościć myszy. W końcu to gryzonie, które nie dość, że wyrządzają nam masę szkód i przynoszą straty, to jeszcze do najmilszych zwierzątek nie należą. Gdy grasują, naszą bronią przeciwko niepożądanym gościom jest kot. Ten domowy pieszczoch powinien spełniać funkcję skutecznego deratyzatora i dbać o to, by spokoju i ładu naszego domostwa nie zmąciła żadna mysz. Ale co robić, gdy trafia nam się mruczek, który zamiast gonić za myszami przed nimi ucieka? Jak to możliwe, by większe i teoretycznie silniejsze zwierzę-drapieżnik bało się takiego małego przeciwnika? Po co nam w ogóle taki bezużyteczny zwierzak skoro w starciu z gryzoniami i tak zostajemy sami sobie? I wreszcie, jak zmobilizować kota, by przestał bać się myszy?
Pewnie Państwo zachodzą w głowę, dlaczego poruszam tak dziwaczny, pozornie kompletnie bezsensowny temat. Już tłumaczę. Problem kota bojącego się grasujących i siejących spustoszenie myszy nasunął mi się na myśl gdy tylko oglądałam co rusz powtarzające się przepychanki przed budynkiem Sejmu. Z jednej strony – tłumy protestujących „krzykaczy” siejących zamęt na ulicy i rzucających prowokacyjne hasła i ewidentnie szukających zaczepki. Z drugiej – kompletnie bezradna policja, która na te „mysie harce” w ogóle nie reagowała, tylko stała przestraszona. Istna komedia. Tylko dlaczego to tak wygląda? Skąd to się wzięło? Okazuje się, że nagle każdy może zabawić się w jednoosobowy teatr małego aktora. Najpierw wrzaski, obrzucanie funkcjonariuszy wyzwiskami i prowokacyjne zaczepki „chojraków” a potem płacz – „policja mnie bije”! Do tego jeszcze prawdziwy crème de la crème, czyli wyrwane z kontekstu zdjęcia i nagrania wrzucone w mediach społecznościowych z pełnymi rozżalenia skargami, że taka zła ta nasza policja! Nie ma prawa! Bije i szarpie niewinnych ludzi! A jako wisienka na torcie mamy jeszcze upubliczniony wizerunek, a czasem i dane osobowe funkcjonariusza, którego bezpieczeństwo jest później zagrożone. To trochę tak, jakby nauczyć i wypuścić kota by łapał myszy, a gdy już to zrobi – ukarać go za to.
Aby akcja była jeszcze bardziej groteskowa słyszymy od krzykaczy: „Jestem na chodniku miejskim i mogę robić, co mi się podoba”! Doprawdy? „Co mi się podoba” można robić u siebie w domu, ale chodnik to miejsce publiczne. Tutaj prawo „wolnoć Tomku w swoim domku” już nie obowiązuje. Zwłaszcza gdy narusza się porządek tego miejsca i spokój innych osób. Kilka takich materiałów w sieci, burza medialna i… kolejnym razem stróże prawa już boją się zareagować! A nawet gorzej! Niektórzy z nich w tej nierównej walce z protestującymi zostali ranni!
W jakim my kraju żyjemy, że uliczni krzykacze mogą bezkarnie atakować i obrażać policjantów, a ci nic nie robią? Ale na krytykę zasługuje nie tylko sam „kot”, ale też jego „wychowawcy”. Co to za prawo, że jego stróż nie może doprowadzić do porządku tych, którzy je łamią? Czyżbyśmy w tej kwestii brali przykład z tak nielubianych i krytykowanych przez nas Niemców? Nasi zachodni sąsiedzi niegdyś świetnie sobie radzili z wrzeszczącą i szukającą zaczepki hołotą. A teraz? Przybysze z Afryki podczas imprez masowych napastują i gwałcą Niemki, a tamtejsza policja – teoretycznie powołana by bronić obywateli – stoi z założonymi rękami, albo… zamyka dziewczęta w specjalnych klatkach, by uchodźcy nie mogli ich dostać. Ot, jak można zostać zniewolonym w swoim własnym kraju! Wszystko w imię „bezpieczeństwa”, którego pseudosłużby nie potrafią należycie zapewnić. To ma być przykład dla naszych funkcjonariuszy? A może by tak – radykalnie ale skutecznie – pałą jednego i drugiego, żeby się uspokoił i zdyscyplinował?
Parodia pod Sejmem to widok z jednej strony wręcz groteskowy, ale z drugiej – bardzo niepokojący. Bo jak my – zwykli obywatele – mamy się czuć bezpieczni, skoro ci, którzy powinni nas bronić przed niezdyscyplinowanymi jednostkami stoją jak słupy – bezradne, a czasami wręcz zastraszone? Podczas gdy przeciętny Kowalski – spokojny, ułożony, nikomu nie przeszkadzający obywatel drży, gdy na drodze zatrzymuje go policja lub przychodzi do jego domu, inni krzykacze bezkarnie traktują funkcjonariuszy jak worki treningowe. To kto w takim układzie w razie potrzeby obroni tego zwykłego Kowalskiego gdy stanie mu się krzywda? Do kogo ma się zwrócić, skoro policja boi się przestępców? Nic dziwnego, że wielu poszkodowanych przez kryminalistów milczy. Nie idą na policję, gdyż twierdzą, że i tak nikt im nie pomoże, a sprawcy mogą się dodatkowo mścić. I choć niby krytykujemy takie zachowanie argumentując, że brak sprzeciwu to przyzwolenie na kolejne akty łamania prawa, to może w obawach przeciętnego Polaka jest trochę prawdy?
Skoro kot boi się zwykłej, choć piskliwej i upierdliwej myszy, to jak ma sobie poradzić z większym, groźniejszym szczurem wyrządzającym jeszcze więcej szkód? Co to za drapieżnik, który boi się ofiary? I po co nam w ogóle taki bezużyteczny kot, skoro z myszą zostajemy i tak sami i musimy sięgać po inne środki? Wniosek nasuwa się niestety bardzo smutny. Żałosny ten kot jak i ten, który go na takiego tchórza wychował…
IT

