28 czerwca pod Nowym Ratuszem w Gdańsku stał tłum. Tłum podzielony na dwa obozy: zwolenników i przeciwników tak głośnego ostatnio Modelu na Rzecz Równego Traktowania. I jedni, i drudzy trzymali w rękach banery i plakaty głoszące odmienne hasła. Po jednej stronie „Stop demoralizacji naszych dzieci”, po drugiej – morze tęczowych flag z napisami: „Miłość. Wolność. Równość. Siostrzeństwo”. Podobna atmosfera była wewnątrz Ratusza, gdzie po prawie dwugodzinnej, momentami bardzo ostrej wymianie zdań gdańscy rajcy przegłosowali uchwałę dotyczącą Modelu Równego Traktowania.
Twórcy modelu bronią go z całych sił. Przekonują wszem wobec, że wprowadzone 179 rekomendacji ma na celu promowanie równości wszystkich grup społecznych: kobiet, mężczyzn, dzieci, niepełnosprawnych, starszych, tych o odmiennym kolorze skóry, innej religii, wyznaniu, kulturze i wreszcie to, co najbardziej oburza, a wręcz rozjusza przeciwników – osób ze środowiska LGBT – homoseksualnych i transpłciowych. Wielu gdańszczan nie daje się jednak przekonać słodkim gadkom twórców modelu i jest oburzonych, że model jest pierwszym krokiem do podjęcia działań promujących osoby LGBT. Trudno się dziwić ich niepokojom. Mimo, że radni gdańscy z ramienia przede wszystkim PO przekonują, że przegłosowane rekomendacje dotyczą wszystkich grup, to jednak w tłumie krzyczących zwolenników modelu z tęczowymi flagami wyjątkowo trudno było znaleźć osoby starsze, niepełnosprawne, skrzywdzone. Czyżby te grupy wcale nie czuły się dyskryminowane? A może tak naprawdę wcale nie o nie tu chodzi?
O tym, że równość po gdańsku wygląda jak wygląda i ma niewiele wspólnego z prawdziwą równością, pisaliśmy już nieraz. A teraz potwierdzenie tych słów można znaleźć w tych rzekomo niewinnych rekomendacjach. Naszą szczególną uwagę zwróciło kilkanaście, ale przytoczymy kilka, najbardziej dwuznacznych. Przykładowo rekomendacja 14 mówi: „Włączenie się miasta Gdańska we współorganizację i promocję wydarzeń z okazji wydarzeń ważnych dla różnych grup w zakresie wszystkich przesłanek modelu np. dni mniejszości etnicznych, religijnych, osób z niepełnosprawnością, migrantów, uchodźców, dni różnorodności, dni równości”. Trzeba władzom miasta Gdańska oddać, że takie wydarzenia faktycznie się odbywają. Ale czy na pewno są traktowane na równi, jak to zakłada ów magiczny model? Widzieliśmy, jak 26 maja władze Gdańska z prezydentem na czele kroczyły dumnie w Marszu Równości środowisk LGBT. I to wspaniale! Jednak 2 tygodnie później ulicami miasta przeszła równie wielka manifestacja „Marsz dla życia i rodziny”. Czy ktokolwiek widział na niej kogokolwiek z ratusza miejskiego? Przecież to by było w rytmie tak promowanej przez miasto równości wszystkich! Tymczasem… w paradzie tęczowych można uczestniczyć, a w paradzie rodzin – już nie. Ot, poprawność i równość.
Na naszą szczególną uwagę zasłużył też punkt 23 rekomendacji, który brzmi: „Opracowanie zasad nominacji do nagród i stypendiów przyznawanych ze środków miejskich w taki sposób, aby listy kandydatów i kandydatek, zgłaszanych na podstawie kompetencji i dorobku, w większym stopniu uwzględniały różnorodność społeczności gdańskiej. Promowanie w grupach mniejszościowych, zgodnie z przesłankami modelu, możliwości nominowania przedstawicieli i przedstawicielek do nagród i stypendiów”. Bardzo nas ciekawi ta nowa moda. Bo od kiedy to przyznaje się nagrody nie ze względu na osiągnięcia, a ze względu na przynależność do mniejszości? Dlaczego ktoś ma otrzymywać stypendium tylko dlatego, że jest członkiem danej grupy, np. LGBT? A może ci przedstawiciele zamiast dewiacją, spróbowaliby popisać się jakimiś osiągnięciami, sukcesami, wyczynami? Ale po co? Skoro można nic nie robić, tylko wykrzykiwać, że jest się dyskryminowanym, więc nam się „należy” i się dostaje co się chce…
O rekomendacjach dotyczących dewiantów można by napisać książkę. Władze Gdańska chcą przekonywać najmłodszych obywateli, że bycie „innym” jest ok. Chcą wmawiać homoseksualizm i transseksualizm młodzieży, która przecież – z racji naturalnej burzy hormonów w wieku dorastania, może mieć różne odczucia i pobudki, co wcale nie musi świadczyć o seksualnej odmienności. Nie dziwi zatem oburzenie wielu gdańszczan-rodziców, którzy nie chcą nakierowywać swoich dorastających dzieci w stronę inności, a wprost przeciwnie – normy. I mają do tego prawo, o czym niestety władze Gdańska zdają się zapominać. I widać to gołym okiem. Bo tenże model nie jest jedynym wyskokiem w stronę środowisk LGBT, bo obok niego kroczy jeszcze słynny biuletyn „Zdrovve love”. Jak na razie promowanie dewiantów gdańskim władzom wychodzi wręcz pierwszorzędnie. Ale w takim razie co z promocją tradycyjnych, polskich wartości? Przecież one w oczach prezydenta powinny być traktowane na równi w imię tak chętnie głoszonej równości…
IT

