Regularna sytuacja z mojej codziennej pracy w redakcji: biegnę przez ścisłe centrum Gdańska na spotkanie służbowe, a właściwie z jednego na drugie. W jednej ręce aparat, w drugiej torebka, do tego nerwowo spoglądam na zegarek skupiona tylko i wyłącznie na tym, by trafić w określone miejsce nie spóźniając się przy tym. Znienacka przede mną pojawia się kobieta o południowoeuropejskiej urodzie: „Niech mi Pani da pięć złotych”. Myślami będąc zupełnie gdzieś indziej, odpowiadam w biegu (zgodnie z prawdą), że nie mam gotówki przy sobie…
W odpowiedzi słyszę przekleństwo: „a żeby Cię tak…”, po czym kobieta splunęła mi pod nogi. We wróżby i przekleństwa raczej nie wierzę, ale miłe ani przyjemne to nie było. A najgorsze, że to nie pierwszy raz. Bo w Gdańsku niestety ciągle roi się od żebraków. A ten temat nie jest poruszany po raz pierwszy, bo problem istnieje od lat. Gdańszczanie doskonale go znają, niestety, wiedzą o nim też turyści, którzy nierzadko spacerując starówką natykają się na żebrzące dzieci, kobiety z dziećmi, czy z psem (to ponoć najskuteczniejsza metoda na żebranie). A potem mieszkańcy słyszą niepochlebne komentarze w stylu „ładną macie wizytówkę w samym centrum miasta”. Ale trudno się z tym nie zgodzić. Żebracy nie tylko źle działają na wizerunek miasta na zewnątrz, ale też przeszkadzają miejscowym, a turystów sukcesywnie denerwują.
Pomyślą teraz Państwo: „dziewczyno, trochę empatii”. Wiem, że każdy może się znaleźć w trudnej sytuacji życiowej. Wiem też, że takim osobom trzeba pomóc. Ale przecież jeśli żebracy chcą, to dobrze wiedzą gdzie się udać, żeby uzyskać wsparcie. Odpowiednie instytucje działają. W tym roku na okres letni została też uruchomiona świetlica dla dzieci żebrzących. Tak więc wszystko można, jeśli się chce. Jednak okazuje się, że żebranie to całkiem dobry interes. Rodzice dzieci, najczęściej cygańskich, wysyłają je na ulice z akordeonem. Maluch nawet nie umie grać, ale rusza instrumentem uwalniając jakieś dźwięki bez ładu i składu. Ludzie przechodzą, niektórzy współczują i pieniążki do kubeczka wpadają. Podobnie w przypadku matek z dziećmi. Dlatego też obecnie na ulicach zostają ci, którym się to opłaca. Nagabują, przeszkadzają. I nikt z tym nic nie robi.
Straż miejska może interweniować tylko w przypadku natarczywego zaczepiania. Ale kiedy taka sytuacja nam się zdarza, strażników najczęściej nie ma w pobliżu, a przecież nie każdy ma czas stać, wzywać straż i czekać na ich przyjazd. Prawo jest zatem dziurawe, ale można je zmienić, podobnie jak w przypadku dziewcząt z różowymi parasolkami. Rada Miasta może przecież uchwalić zakaz żebrania na ulicy i zobligować straż miejską do dbałości o przestrzeganie owego zakazu. Wystarczą chęci ze strony władz miasta. Ale chęci jak widać brak… Szkoda, bo czasem na nic się zdadzą kolejne nowe atrakcje dla turystów. One nie zatuszują problemu, który odwiedzający zauważają i coraz częściej podejmują.
IT

