Inne

Zdążyć przed Panem Bogiem, czyli kiedy leczyć się z pracoholizmu?

 

Polacy to społeczeństwo nie tylko pracowite, co już zapracowane. Pracujemy jak najwięcej, przez zobowiązania: opłacanie mieszkania, domu, często kredytu, chcemy mieć dobry samochód, telewizor, telefon… Chcemy więcej! Wszystkiego więcej! Na to wszystko potrzeba pieniędzy, więc chodzimy do pracy. Coraz częściej, na coraz dłużej, potem zabieramy pracę do domu i już praktycznie żyjemy nią 18-20 godzin na dobę. Zyskujemy coraz większe zarobki, a jednocześnie tracimy wszystko, co niematerialne: pasje, hobby, rodzinę, przyjaciół, znajomych, a potem zdrowie i na końcu życie.

Pracoholizm, bo to o nim mowa jest chorobą postępującą, na dodatek śmiertelną. Na największą skalę rozszerzona jest w Japonii jako karoshi, ale i nam – społeczeństwu Zachodu już niewiele brakuje do epidemii. Kiedy trzeba powiedzieć sobie „dość”? Im szybciej, tym lepiej… Na szczęście nie każdy, kto dużo pracuje, to pracoholik. Niektórzy mają bowiem inne sposoby regeneracji organizmu – wystarczy im niewiele snu, relaksu, sportu, spotkań z bliskimi, by ciągle być w znakomitej kondycji fizycznej i psychicznej. Ale pracoholizm to nałóg, który wkrada się w życie niepostrzeżenie.

Zaczyna się niewinnie: od odwoływania spotkań z bliskimi, bo zostaje się w pracy. Sygnał drugi pojawia się wtedy, gdy otoczenie mówi pracoholikowi, że przesadza, ale on to bagatelizuje, mówiąc, że to już ostatni raz odwołał spotkanie czy wczasy. Sygnał trzeci to już czerwona lampka: pracoholik się nie kontroluje, pracuje ciągle, ale już sam nie wie, dlaczego. Cele do osiągnięcia znikają, i właśnie praca staje się celem samym w sobie. Jedno jest pewne: pracoholizm to taki sam nałóg jak alkoholizm czy narkomania. Pracoholik ulega swojemu nałogowi, miewa napady szaleńczej pracy i chwile zastoju. Dopóki sam nie dostrzeże swojego problemu i kategorycznie nie powie sobie, że musi z tym skończyć, będzie coraz gorzej. Praca wciągnie go jak narkotyk. Będzie coraz więcej pracował, coraz więcej zarabiał, coraz więcej znaczył, więc będzie chciał pracować jeszcze więcej, a w tle będzie coraz więcej tracił… z oczu. A pracoholizm odbija się nie tylko na rodzinie i najbliższym otoczeniu uzależnionego, ale też pociąga za sobą konsekwencje zdrowotne – szwankuje zdrowie zarówno to fizyczne, jak i psychiczne. W czasie dni wolnych (jeśli już się zdarzą) pracoholik cierpi na syndrom zespołu abstynenckiego: obsesyjnie myśli o pracy, nie potrafi sobie zorganizować czasu ani znaleźć jakiegoś zajęcia, jest drażliwy, ma kłopoty ze snem, bóle głowy, a czasem i zaburzenia układu pokarmowego. Taki styl życia prowadzi z kolei do zawałów serca i zaburzeń nerwicowych.

Pracoholicy rzadko zdają sobie sprawę ze swojego uzależnienia na tyle wcześnie, by samodzielnie sobie z nim poradzić. Dlatego w ramach wychodzenia z uzależnienia często konieczna jest terapia odwykowa. Jednak, aby do niej doszło, pracoholik musi w porę zdać sobie sprawę z tego, że „jest pracoholikiem, musi i chce się leczyć”. Jeśli tego nie zrobi, grozi mu śmierć z przepracowania. Zanim jednak do niej dojdzie, straci rodzinę, przyjaciół, znajomych. Będzie żył tylko dla pracy i mówił tylko o pracy.

 

Udostępnij

Zostaw pierwszy komentarz

Obserwuj nas