Inne

Zdrada ideałów przydymiona koronawirusem

 

Wokół panującej epidemii koronawirusa narosło już tyle teorii spiskowych, że można by nimi wyłożyć autostradę panamerykańską – najdłuższą drogę świata. Istnieje także teoria, że koronawirus ma służyć zagraniom politycznym, by odwrócić wzrok społeczeństwa od tego, co wyprawiają władze. Choć w niemal żadnym kraju na świecie nie doszło do żadnej rewolucji, to w jednym jedynym Izraelu ta teoria może mieć rację bytu.

To, co w ostatnich tygodniach dzieje się w Izraelu, wziął na tapet Jan Rokita na łamach tygodnika „Sieci”. A doszło tam do czegoś, co w Polsce i Europie jest absolutnie nie do pomyślenia. Ale czego to człowiek (a konkretnie premier Beniamin Netanjahu) nie zrobi, by utrzymać władzę. Odpowiedź brzmi: wszystko, dosłownie wszystko. W każdym demokratycznym państwie są przynajmniej dwie opcje, szczerze się nienawidzące i zwalczające, a na ich czele liderzy i „zbawcy narodu”. W Izraelu też tak było. Dwóch Beniaminów – premier Netanjahu i „Beni” Ganc – stoi na czele dwóch wrogich koalicji. Nenajahu i jego konserwatywno-nacjonalistyczny Likud od ponad roku ubiega się o władzę, a Ganc ze swoją liberalną koalicją Niebiesko-Białych od początku istnienia w polityce twierdzi, że jego głównym celem jest obalenie rządów Netanjahu. Znamy dobrze ten schemat, wszak na naszym politycznym podwórku jest bardzo podobnie. W Izraelu przeprowadzono wybory do parlamentu już trzy razy i żadna z koalicji nie uzyskała bezwzględnej większości, by móc rządzić. Raz górą był Netanjahu, raz Ganc, ale różnica była wciąż zbyt mała. Pod koniec marca, kiedy na świecie szalała już epidemia, a izraelski rząd profilaktycznie i natychmiastowo pozamykał obywateli w domach, doszło do rzeczy niesłychanej. Likud i Niebiesko-Biali zawiązali koalicję, a dwaj liderzy dogadali się między sobą i ustalili, że będą współpracować przez najbliższe 3 lata. Przez połowę tego czasu rządzić ma Netanjahu przy Gancu jako przewodniczącym parlamentu, by po półtorej roku dokonać wymiany. Problem polega jednak na tym, że Netanjahu to spryciarz i jest niemal pewne, że warunków wymiany nie dotrzyma. Zbyt pragnie tego stołka, by go tak po prostu oddać.

Ganc ryzykuje więc wiele. Nie tylko to, że zostanie oszukany przez „koalicjanta”, ale też że straci poważanie w oczach obywateli za bezceremonialną zdradę ideałów. Już część jego posłów zgłosiła opuszczenie szeregów Niebiesko-Białych. Natomiast premierowi Izraela nie można odmówić przebiegłości. Wie, że ciąży na nim kilka zarzutów prokuratorskich za korupcję, które opozycja często „wywleka” na forum publicznym i parlamentarnym i prawdopodobnie dlatego nie może bezdyskusyjnie wygrać wyborów, więc postanawia pozamykać usta oponentom obiecując im gruszki na wierzbie. Jaki miałby być główny cel wspólnych rządów dawnych zaciekłych wrogów? Koalicjanci ogłosili, że chcą wprowadzić w życie tzw. plan Trumpa zakładający jednostronne poszerzenie pełnej suwerenności Izraela nad częścią terytoriów Autonomii Palestyńskiej (za czasów Obamy wspierającego Palestyńczyków Izrael został zmuszony do ustąpienia w tej kwestii i oddania części ziem) w zamian za rekompensaty terytorialne na pograniczu egipskim oraz amerykańską pomoc Palestynie w postaci 50 mld dolarów i miliona nowych miejsc pracy.

A teraz proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby to w Polsce doszło do takiego przełomu w rządzie. Co by się stało, gdyby nagle do jednej koalicji z Kaczyńskim weszli Donald Tusk i Budka ze swoją Koalicją Obywatelską. To byłoby nie do pomyślenia. Jak wielkie larum podniosłoby wiele państw świata wykrzykując, że takie działanie to zdrada Polaków i zamach na demokrację. A tymczasem w sprawie Izraela świat milczy. Dlaczego? Albo jest zajęty epidemią, albo udaje, że niczego nie widzi tłumacząc to walką z koronawirusem. Jedynie milczenie Trumpa jest uzasadnione, bo istnieje (mała, ale jednak) szansa, że jego szalony plan wejdzie w życie.

Żydzi od zawsze uczyli nas niezgody. Zawsze, w każde mrowisko musieli wsadzić swój kij i dokonywać rozłamu – a to w narodzie, a to w historii, a to w polityce, a to w nauce. Wszędzie potrafili wtrącić swoje trzy grosze i wyciągnąć rękę po dobra, które ewidentnie im się nie należą. Plucie na Polaków w ramach wolności słowa? I nikt nie protestował, nie podnosił głosu i nie dyscyplinował „narodu wybranego”. My nie mogliśmy nawet przeforsować ustawy broniącej naszego honoru, która miała karać każdego, kto kłamliwie zarzucałby nam współudział w holokauście. Od razu odezwały się żydowskie lobby z całego świata opluwając nas za zamach na „wolność słowa” i zmuszając głowy państw do potępienia naszych regulacji. A czy my się wtrącamy do wewnętrznych przepisów prawa Izraela albo innych krajów? Może po prostu nasi posłowie wybrali zły moment do ustanowienia takiego prawa? Może trzeba było zająć się tym w momencie, kiedy cały świat ma oczy zadymione epidemią? Wreszcie te wszystkie teorie spiskowe mogłyby mieć jakiś sens i przynieść coś dobrego dla Polaków.

MO

Udostępnij

Zostaw pierwszy komentarz

Obserwuj nas